Moje wszystkie drogie dzieciaki!
Zdobyłam kawałek opłatka, żeby się z Wami, najdrożsi moi, przełamać. Z Tobą, Zośku, i Bolku, z Tobą, Loro, i z Twoim Stachem, i z Tobą, Staśku, i z Jankiem, jeśli będziecie razem, tak jak tego pragnę, abym Was jedną myślą objąć wszystkich mogła zebranych i nie tak jak ja smutnych i samotnych. Niechże się Wam, moje najmilsze dzieciaki, szczęści w życiu! Kochajcie się - to rzecz najważniejsza. Skoro smutków w życiu uniknąć nie sposób, trzeba mieć zawsze przeciw nim przy sobie tuż i broń, i pociechę - a to tylko w sercu oddanej sobie istoty znaleźć można. A Ty mi, Zośko, bądź zdrowsza, niźli jesteś teraz.
Niewiele Ci tu morałów mówić mogę, bo i sama szwankuję na zdrowiu ciągle. Samej w domu - na całym piętrze nie ma żywej duszy - nie sposób wysiedzieć; po ulicach tumult, wrzawa, rozpęd jak w zapusty; a niech się dalej puszczę albo tramwajem strzęsę, zaraz pokutować muszę. Słowem - nietęgo. Koleją lepiej, ale nie na długo. Dlatego to i ślub Janka wolałabym widzieć odłożony do wiosny; ale cóż, kiedy i on biedaczysko ma swoje powody, żeby nie zwlekać, i słuszne. Mnie o dwie rzeczy idzie: o niezupełne zdrowie, które po takiej podróży do zupełnej choroby dojść może - i o uciążliwe starania o pieniądze, gdyby ślub miał być przed odebraniem owego spadku. Jakkolwiek kładę to na drugim miejscu, rzecz jest dość poważna, bo takiej sprawy byle czym nie opędzi. Kiedy więc tam razem jesteście, uradźcie co i jak zrobić. Wiosną, podczas św [iąt] wielkanocnych np. byłoby mi o wiele łatwiej; sama pora przyjaźniejsza. Ale zostawiam moje propozycje na boku, ponieważ przede wszystkim chcę, żeby tak było, jak sam Janek uważa za możliwe. Ja jego serce znam i wiem, że jeśli nie oglądając się na możliwość mego przybycia, ślub swój utrzyma w pierwotnej dacie, to nie uczyni tego przez obojętność, ale dla wielu przyczyn, poza jego uczuciem dla mnie leżących, a przecież ważnych. Niech więc rzeczy idą, jak iść mogą. Ja w każdym razie na wiosnę do Was, choć nie na długo, przyjadę. Czas idzie - zobaczyć mi się z Wami trzeba.
A teraz bądźcie weseli, bawcie się, drogie dzieciaki, niech Wam te święta mile i radośnie przejdą! Ja - nie wiem jeszcze, co z tą moją samotnością zrobię. Czasem mi się zdaje, że zwariuję w tej okropnej ciszy; sypiam też źle. Jeśli mnie tylko obrachunki moje nie zawiodą, ucieknę gdzie chyba z tej Nicei, bo tu mi zbyt pusto i straszno.
Czy też będziecie mieli drzewko? Pozwólcie sobie na ten zbytek - sposobem składkowym choćby - to zawsze takie miłe... Smutno mi, że nie mam Wam co posłać - A może będziecie mieli sposobność przeczytać o jasełkach włoskich felieton w „Codziennym”, gwiazdkowym?
Całuję Was najserdeczniej stokrotnie, drogie, drogie dzieci! Zachowajcie mnie w sercach Waszych!
M.K.
[dopisek na lewym i górnym marginesie pierwszej strony:]
A napalcie w piecu dobrze na Wilię, żeby Wam było ciepło. Tu - póki słońce - to do 15 stopni ciepła w cieniu. Ale ranki i wieczory zupełnie zimne. Do pracy rano wstając, sama sobie na kominku palę; rozpala się tu szyszkami, co nie jest bardzo łatwo. Swoją drogą, róże po ogrodach kwitną jak w maju, a pomarańczy na drzewach jak nabił. Teraz właśnie dojrzewają.
[dopisek na lewym marginesie czwartej strony:]