Listy z Zurychu

Do Zofii i Bolesława Królikowskich
Zurych, 8.05.1891
Rps BUW nr 1425

Moje drogie Bolki!
Bolek obgadał Zurych. Jest to teraz przynajmniej prawdziwa wieś w mieście, tak pełno ogródków przy domach, tyle zieloności i taka cisza. Jak na złość, ja nie mam mieszkania z ogródkiem. Ale ulica jest ich pełna, więc choć z okna widać. Mieszkam na Wiesenstrasse, Seefeld, o jakie 10 minut drogi od jeziora, chociaż go nie widać ode mnie. Na drugim piętrze pokój o jednym sporym oknie, czysty i dość przyzwoicie umeblowany kosztuje mnie 30 frank[ów] miesięcznie. Kazałam jednak wyrzucić łóżko niemożliwe z betami, a na to miejsce wynajmuję sobie osobno sofę do spania, która przynajmniej nie razi we dnie; wynajmuję także fotel do pisania i stół odpowiedni do tegoż użytku i płacę za to razem 10 fr[anków] miesięcznie. W domu mam obiad z zupy, jednego mięsa i jarzyny za 1 fr[anka] i 20 cent[tymów], śniadania i herbatę robię sobie sama. Zawsze to nieco taniej niż na pensji całkowitej; pensja, o ile dobra droga; a te tańsze, com widziała, takie jakieś niezachęcające i tak zapchane studentami, że nie mogłam się zdecydować.
Przyjechałam tu 29 kwietnia. Jeszcze przed wyjazdem otrzymałam w Monachium zaproszenie na obchód trzeciego maja, więc mnie zaraz tutejsza Polonia witała. Sama uroczystość rozpoczęła się 2 maja wieczornym zebraniem, na którym były śpiewane pieśni polskie; przedstawili też amatorowie scenę z Kordiana i żywe obrazy. Podczas tego przyjechał Limanowski z Paryża, a młodzież witała go bardzo serdecznie. Nazajutrz rano, trzeciego, była wycieczka do Rapperswilu statkiem. Bolek zna tę miejscowość, to może Ci, Zośko, powiedzieć, jak wygląda zamek i sama droga z Zurychu. W bramie witał przybyłych mową kustosz Rużycki, w kontuszu białym i w czarnej czamarze. Najbardziej wzruszająca scena odbyła się w dziedzińcu, gdzie pod obeliskiem z orłem i wpośród zniżonych sztandarów Limanowski miał mowę. Treść jej podobną była ogólnie do napisu na obelisku: „Niepożyty duch polski protestuje przeciw gwałtom swoich ciemiężców na wolnej helweckiej ziemi i odwołuje się do sprawiedliwości Boga i ludów”. Po przemowie poszliśmy oglądać pamiątki w muzeum. Te, które dotyczą Kościuszki, były najbardziej interesujące. Po wyjściu z muzeum poszliśmy na obiad. Miałam za sąsiada delegata z Genewy, który podczas mowy Limanowskiego przyjechał z nar[odowym] sztandarem. Ze starszej drużyny [18]63 r[oku] emigrant, był w Chinach w Tonkinie jako żołnierz francuski i niemało świata widział. Obiad odbył się tak jak zwykle w podobnych razach; bardzo liche, choć drogie jedzenie, dużo szumu i gwar taki, że słowa nie słychać. Czesi toastowali na cześć Polski i Polek nasi „na zdar” Czechom, po czym wszyscy, ze sztandarem, udali się na kolej i w otwartych wagonach wrócili do miasta. Gorliwsi odprowadzali sztandar w pochodzie, do którego łączyli się przechodnie. Była już piąta, a o wpół do siódmej miał się zacząć mityng międzynarodowych towarzystw młodzieży i demokratycznych.
Kiedym się tam zjawiła, powitał mnie Jeż, staruszek wielce miły, który prezydował na owym mityngu. Otworzyła posiedzenie orkiestra hymnem Ujejskiego. Sala był a w hotelu Pfaun, pewno ją Bolek zna, duża, z galerią dekorowaną herbami narodowymi i sztandarami; na estradzie przemawiano. Mówili różni i różnie. Wzruszył bardzo słuchaczy Droz, tutejszy prof[esor] liter[atury] w uniw[ersytecie], który przemówienie swoje osnuł na wspomnieniach z pobytu w Polsce w [18]63 r[oku]. Szczególniej oklaskiwano go za przytoczenie (okropną polszczyzną) paru strof z pieśni: Matko, nie opuszczaj nas. Francuz jak Francuz; jedno z drugim powiedział dość płytko, ale bardzo patetycznie i zręcznie. Około dziewiątej zamknięto mityng. Miał on charakter spokojny i patriotyczny; bez żadnych wybryków socjalistycznych. Jest tu i grupa z tym odcieniem, ale bardzo drobna, przeważnie z Żydów złożona, pod natchnieniem dawnych wpływów Mendelsona1 podobno żyjąca, która że wyznaje kosmopolityzm i dość luźną moralność, młodzież lepsza tutejszej Polonii trzyma się od niej z dala. Po owym mityngu podał mi rękę Jeż i poszliśmy do hotelu National gdzie był przygotowany „bankiet”. Jedzenie równie złe jak w Rapperswilu, ale mowy bardzo zajmujące. Przemawiano po polsku, po fr[ancusku], po niem[iecku], po czesku, po serbsku, po bułgarsku. Toasty za pomyślność Polski szły jeden za drugim. Prezydował także Jeż. Na tym bankiecie czytałam wiersz, który naprędce napisałam po powrocie z Rapperswilu. Wywołał on ogromny zapał, wzniesiono moje zdrowie, a orkiestra, dotąd milcząca, grała Jeszcze Polska. Najciekawszą była mowa Czernyszewa, który jako Moskal wyjątkowo zaproszony, czuł się upokorzony niemal. Mówił o sobie. Jaki dramat miał w duszy, słuchając w Rapperswilu mowy Limanowskiego i patrząc na Polaków. Kocha on Rosję, ale się wstydzi za rolę, którą ona odegrała w ostatnich dziejach Polski. Był tak wzruszony, że płakał niemal. Bankiet był bardzo długi; nim się wygadały wszystkie delegacje. Jeż upadał ze znużenia. Do końca jednak zebranie zachowało swój wzruszający, poważny i patriotyczny charakter. Wszyscy Polacy zaznaczali jeden program: pracę nad oświatą ludu, zjednoczenie uczuć i sił narodowych, otucha na przyszłość i odwrócenie się zupełnie od kosmopolityzmu. Cudzoziemcy przemawiali o dziejach Polski, jak historyk Stern; o literaturze polskiej, jak Łunin z Berna; o jej zasługach cywilizacyjnych, jak delegat tow[arzystwa] demokr[atycznego] anglo-amerykańskiego; o roli, jaką młodzież powinna odgrywać w narodzie, jak delegat z Francji; Słowianie wreszcie o sympatii swojej mówili i o starszeństwie historycznym Polski. Skończyło się to około 2 w nocy. Jeż i spora gromadka odprowadzili mnie do hotelu, gdzie jeszcze wówczas stałam.
Czwartego obradowały delegacje w sprawach towarzystw polskich na obczyźnie, a obradom tym prezydował Limanowski. Powzięli uchwały w duchu pracy nad ludem, jego oświatą oraz połączenia rozbitych grup poszczególnych w ogólny związek polskiej młodzieży na obczyźnie. Dość nikłą rolę odegrała w tych zebraniach emigracja z [18]63 r[oku]. Może jeszcze najlepsza była ta chwila, kiedy mi razem przyszli dziękować za wiersz i każdy powiadał, skąd jest i jak tęskni za swoją stroną. To było wzruszające.
Ogólne wrażenie bardzo dodatnie. Jakoś raźniej na sercu, kiedy się tak ludzie zejdą, aby czuć i radzić wspólnie. Rada nie na wiele się może przyda; ale uczucie to zawsze ożywia.
A teraz o Tobie, Zośko. Napiszę zaraz do Arcta, aby mi zaliczył trochę pieniędzy i przysłał Ci 25 rubli na podróż do Warszawy. Do Ciszkiewiczowej napiszę, żeby Cię wzięła pod opiekę szczególną. Żartować ze zdrowiem nie można; widzisz sama, że to nie jest złe przechodnie, tylko że trzeba przedsięwziąć coś radykalnego. Napiszę, żeby i Staśkowi posłał ze 25 rubli, wszak to zbliża się termin w Turku. Popiszę tam listy, które by mogły ułatwić nieco tę sprawę. Dziś jego imieniny, biedaka. Ale mam nadzieję, że ostatnie, jakie w Gorzuchach obchodzi. I Twoje, Zośko, za tydzień. Obyś tylko była zdrowa, drogie dziecko, to wszystko będzie dobrze. Szczęścia nie ma na świecie, są tylko mniejsze i większe smutki i troski, a spokój to już wysokie bardzo dobro.
Ale Emilka... To naprawdę wiadomość bardzo smutna. Myślę, że już tak dobrego materialnie miejsca nie dostanie. Wszakże napisz do p[ani] Jasieńskiej, może co wynajdzie dla niej. Lorka tam tęskni do Waszego przyjazdu. Byłoby to dla niej bardzo dobrze, gdyby się przyjazd ten nie odwlekał. A Zośka, jak tylko Arct pieniądze przyśle, niech jedzie zaraz.
Całuję Was oboje najserdeczniej.

M.
[dopisek na górnym marginesie pierwszej strony:]
A Zuś i psiak?