Listy z Radomia

Do Zofii Konopnickiej
Radom, 2.12.1889
Rps BUW nr 1425

Droga Zosiu,
jadę do Janka i zatrzymałam się w Radomiu na dni parę, aby odwiedzić stryja. Ostatnie wypadki, które mnie zmusiły do opuszczenia Warszawy, opisałam Lorce1 i ma Ci ona ten list przesłać. Przykro jest takie rzeczy raz pisać, a cóż dopiero dwa razy. Ostatecznie nie miałam innej drogi przed sobą. Dopóki przypuszczałam, że znajdę jakąś pomoc, jakąś obronę przed napaściami Hel[eny], która w formalnym oblężeniu dom mój trzymała, póty mogłam jeszcze tam się gnieździć, ale od chwili, w której dlatego, że ojciec w mieście nieobecny, mnie ją policja na kark wsadza i każe mieć nadzór nad jej czynami i odpowiadać za jej kradzieże jako niespełna zmysłów będącą, a zbyt zdrową, ażeby ją zamknąć w domu wariatów no, prosta rzecz, że musiałam się usunąć. Dlatego do ojca nie, że jest w mieście matka. A zatem trzeba było im pokazać, że i matki może nie być. Może ją odeślą na wieś, skąd ucieknie; może odeślą drugi raz i dziesiąty; ale jest do przewidzenia, że im się to nareszcie naprzykrzy.
Co do mnie, stanowczo nie wracam do Warszawy, dopóki się ta sprawa nie rozstrzygnie tak albo owak na dobre. Telegrafowałam dwa razy do ojca; chciałam przy pomocy ojca i prawników ułożyć jakoś te rzeczy: ojciec ma swój system obojętności na te rzeczy. Niechże go teraz wzywają sądy, kiedy go ja wzywałam na próżno.
Z listu Lorki dowiesz się o nikczemnej komedii otrucia się Hel[eny]. Komedia ale mogła być i tragedią, gdyby się lekarze nie spostrzegli dość wcześnie, nie dali jej na silne przeczyszczenie, nie zrobili analizy chemicznej i nie przekonali się, że to było nikczemne oszukaństwo. A już na mocy jej listu umyślnie otwartego, który brzmiał: „na żądanie matki przyjmuję strychninę”, sędzia śledczy zjechał do szpitala i założył akta procesu kryminalnego o przyczynienie się do śmierci. Naturalnie śledztwo wobec braku istoty czynu upadło ale na piękną rzecz umyśliła mnie wystawić ta nikczemna. I potem mnie ją policja sprowadza i gwałtem mi ją narzuca. Od dwóch miesięcy nie pisałam, nie zarabiałam nic, żyjąc w ciągłych tarapatach o tę potworę. Cóż mam do stracenia w Warszawie? Ciężko mi będzie żyć gdzieś wśród obcych, ale ciężej było ciągle oczekiwać nowego skandalu. Niesłychane rzeczy, czego się ta dopuszczała. Co jest fatalnym, że pod Lorki imieniem i kradła, i hańbiła się. Teraz dwie sprawy ma o kradzieże w sądzie okręgowym, a trzecia też pewno będzie, bo przed tą samą komedią otrucia skradła ludziom, u których mieszkała, dwie atłasowe kołdry. Szczegółów nie piszę, bo strach się w tym błocie babrać. Ostrzegam Cię, że jest prawo tak zwanej alimentacji, które o ile będziecie mieszkać w Warszawie, na Was ciążyć może. Nie tylko siostra i szwagier, ale zięć po śmierci córki ma obowiązek utrzymywania osób, które dla jakich bądź przyczyn potrzebują opieki, a zamieszkanie mają w tym samym mieście.
Może byłoby dobrze, gdyby Bolek zawczasu starał się zamienić z którymś z kolegów na posadę. Kazałam wywiesić na swoje ryzyko kartę najmu; ale ostatecznie będę musiała zapłacić ten kwartał jeszcze. Szkoda mi tego pięknego zakątka. Kto wie, gdzie i w jakim bycie tułać mi się przyjdzie. Gdyby kto najął wcześniej, to napiszę do Bolka, żeby się zajął pomieszczeniem mebli. Część oddam Tobie, a część prześle mi się tam, gdzie się na dłużej osiedlę. Otóż taki to los, takie życie.
Żegnam Cię, droga Zośko, i całuję serdecznie. Pisz na ręce Janka: przez Ostrowiec w Pętkowicach.
M.K.