Kochana Zosieńko!
Jestem więc we Lwowie (ulica Kochanowskiego 151). Miasto ładne, widziane na przykład z Wysokiego Zamku (jest to park na górze, w miejscu dawnego zamku książąt halickich położony) albo z wyższego jeszcze kopca Unii Lubelskiej, usypanego za rządów Smolki. Ale niech Bóg broni, co się wewnątrz dzieje! Brud, nieporządek, żydostwo, złe bruki, zła woda, brak wodociągów, a powietrze takie, że z chustką przy nosie chodzić trzeba. Przy tym drożyzna, bo wszystko tu sprowadzają, tak dalece Lwów jest nie przemysłowy, a tylko gotowym handluje. Meblowanych mieszkań wcale nie ma, prócz obrzydliwych stancji studenckich. Ja znalazłam wyjątkowo dwa pokoje (o jednym z osobnym wejściem ani marzyć), dość zapchane czterema garniturami mebli, tak że mi się zdawało w pierwszych dniach, że mieszkam w składzie mebli. Stało się to tym sposobem, że wdowa (60 lat przeszło i czarna peruka) wyszła za mąż za wdowca i każde miało po dwa garnitury mebli. A że miłość kontentuje się małym, więc postanowili pokój stołowy i salkę odnająć, a sami gnieżdżą się w brudnych dwóch ciupach przy kuchni. Oczywiście wypadło tak, że mając cztery komplety sof i fotelów, i krzeseł, nie miałam łóżka, pościeli, umywalni, miednicy - nic do wygody codziennej. Wojnę musiałam toczyć o jedno - a drugie - jak łóżko (żelazne, wąskie, twarde, bo tylko takim siennikiem z rajgrasu wybite), musiałam nająć od Żyda.
Przeprowadziłam przecież to, że zabrali dwa garnitury, a ja mam nieco przecież miejsca. Miednicę, dzbanek, najkonieczniejsze rzeczy - kupić musiałam. Urządziłam się tak, że na o b i a d y (tak zwane!) chodzę do Dulębianki - kawałek spory drogi - bo jej gotuje stróżka - możecie sobie wyobrazić, co to warte! Dulębianka ma ładną pracownię, ale na ulicy (Piekarskiej), przez którą wszystkie pogrzeby z całego miasta na Łyczaków ciągną. A że mieszka na parterze - ciągle prawie musi na trumny i katafalki patrzeć, co ani miło, ani zdrowo. Ale ona to wszystko znosi, bo pod względem materialnym lepiej się jej tu powodzi. Ma obstalunki na portrety, więc choć nędznie - wyżyć przecież można. Zastałam ją strasznie wycieńczoną i jeszcze więcej wychudłą na tych obiadach stróżki. Wieczorem przypasuję fartuch i przygrzewam resztki, i tak żyjemy - tymczasem, ciesząc się nadzieją...
A nad tymi wszystkimi brudami słońce przepysznie świeci i horyzont włoski prawie - tak cudna pogoda. Z ludzi nie widziałam nikogo. Niewiele tez gdzie byłam w mieście, przyprowadzając swoje mieszkanie do europejskiego porządku. Tyle o sobie. A Wy? Ogromnie dawno nie miałam od Was listu! Jak się miewa Bolek, jak Ty, Zośko droga, co Stasiek porabia, co ojciec - co u Was słychać? Piszcie, moi drodzy, jak najwięcej o sobie! Czy jeszcze są Bohuszewicze? (List ten dla Was samych oczywiście.)
Całuję Was najserdeczniej i Staśkowi to powiedz - i Ciebie po stokroć jeszcze, droga Zośko!
M.
[dopisek na górnym marginesie pierwszej strony:]
A co piszą Mickiewicze?