Drodzy moi! Oto leżał ten liścina z tydzień chyba. A ja przez ten czas nogą z domu ruszyć nie mogłam, taki wicher. Tam u nas pojęcia nie ma o czymś podobnym. Najsilniejsza nasza wichura to „azorek” (zefirek) w porównaniu z tym, co się tu dzieje. Telegrafy popsute, szyldy pozrywane, miasto opustoszało, bo ludzi porywa i rzuca nimi, omnibusy przewraca, tylko tramwaje dobrze wytrzymują ten wicher. Mnie po prostu oddech zatyka, nawet w początkach i teraz, kiedy już ustaje. Na dobitek nie mogłam i dotąd nie mogę palić w piecu, bo ogień z dymem cały bucha na pokój. Tak w nie- opalonym siedzieć trzeba. Na noc nic, bo się okryć można futrem na derkę, ale w dzień ciężko pisać. Chwała Bogu, że w kuchni się nie dymi i że gotować można. Obiecuję sobie solennie, jak tylko skończę robotę dla „Kuriera” i dostanę pieniądze, pojechać gdzie, odetchnąć trochę.
A z Leszczyńskim to tak, że pisała do niego p[ani] Zofia Poznańska ze Lwowa o to, bo jej szło, żeby mnie tak nie wyzyskiwali, i on się, poczciwy, chętnie zgodził. I ja myślę, że tak będzie lepiej.
Całuję Was oboje serdecznie!
M K
[dopisek na lewym marginesie pierwszej strony:]
Niechże Wam się w tym nowym roku jak najlepiej dzieje - Amen!
[dopisek na lewym marginesie czwartej strony:]
Jak Ty myślisz, czy napisać do panny Jabłonowskiej?