Listy z roku 1896

Do Zofii Królikowskiej
Nicea, 10.12.1896
Rps BUW nr 1425

Droga Zośko!
Nareszciem znalazła mieszkanie, no i dojechałam do Nicei, co wcale nie jest łatwym, zważywszy, ze droga na Peszt, którą dla taniości wybrałam, nie ma żadnych połączeń bezpośrednich - o czym nie wiedziałam, i że na różnych małych, zaśnieżonych stacyjkach, gdzie nic tylko ławka, trzeba było czekać po kilka godzin nieraz. Przyjechałam do Pragerhofu o 7 wieczór, wyjechałam o 12 i ½ w nocy; przyjechałam do Pierre d’Arena wieczorem, wyjechałam o 3 i ½ w nocy. Rozpacz prawdziwa! Więc jakem wyruszyła we wtorek wieczór (1 grudnia) ze Lwowa, takem dojechała do Nicei dopiero w niedzielę w południe. Rozbita oczywiście tak, żem kości w sobie nie czuła żadnej zdrowej.
No i to dodać trzeba, że te dnie ostatnie to było umęczenie nad siły. Ten Lwów dał mi się we znaki, to prawda! Ludziom się zdawało, że ja mam 64 godzin[y] na dzień do ich rozporządzenia. No i na tym się skończyło, że naobiecywałam jeszcze, jako będę u tych, to u tamtych. Żeby się wprost odczepić, rozpuściłam pogłoskę, że wyjadę ósmego, a wyjechałam pierwszego. Nie chodziło o żadne wizyty prywatne, tylko o różne korporacje, różne stowarzyszenia. Sokołów delegacja (prezes i instruktor) w pełnych uniformach przybyła prosić na swój pamiątkowy obchód na szóstego. Mundur bardzo piękny: szary z czerwoną koszulą, czapka z sokolim piórem, pas z bogatą klamrą, buty półdługie. Spotkali u mnie właśnie Antoniego Małeckiego, który mi różne facecje o swojej młodości rozpowiadał. Te sokoły - o czym się dopiero teraz dowiedziałam - postanowiły mnie przeprowadzać przez całe miasto konno ze sztandarami - do kolei. Szczęście, żem uniknęła tego.
W wilię wyjazdu był wieczór prywatny pożegnalny (ponieważ sobie zastrzegłam, żeby nie było żadnych owacji), ale i tak było na nim z 50 osób, mowy - toasty - okrzyki etc. Więc jadę ja spokojnie na kolej, a tu na banhofie kupa znów ludzi - pań i panów - i dzieci. Zła byłam, aż mi skry szły z oczów. Wręczają mi kosz kwiatów przetrząśniętych biletami wizytowymi - dzieci bukiety - znów przemowy - więc że pociąg miał odchodzić, z okna już i ja mówkę im palnęłam. Stało to wszystko na mrozie, pod oknem wagonu z głowami odkrytymi - po czym okrzyki, wołania - no i do granicy węgierskiej miałam dobrze, bo cichaczem opłacili cały przedział - i byłam sama, kupiwszy sobie zwykły bilet. Dzieci najbardziej wołały: - Niech Pani o nas nie zapomni! Miałam pełne ławki kwiatów i wszystko to w Peszcie dałam w przytułku ubogich, bo tylko uwagę zwracały - ten kosz i te bukiety. Państwo Stan[isławostwo Królikowscy] byli u mnie w dzień wyjazdu na chwilę, ale pakowałam wtedy. Wprost nie miałam czasu z upakowaniem rzeczy. Byłam zupełnie jak zając zgoniony. Ach, jak ludzie zmęczyć potrafią - to strach!
Nicea - taka sama jak zawsze - pełno strojów, głupich i awanturniczych fizjonomii, spora garść chorych na fotelach, na wózkach, drożyzna, gdzie się ruszyć w hotelach - oszustów z bazarami moc, jasnowidzących, wróżek - wszystko to tylko dyszy do Monte Carlo. No i morze - zawsze zielonomodre, i słońce, tylko mało go jeszcze, bo cały grudzień to pora dżdżysta - i rynek kwiatowy, gdzie za dwa sous (za 8 gr[oszy]) dostaniesz bukiet narcyzów, chabrów, gwoździków, róż, anemonów, czego zechcesz. Pomarańcze jeszcze kwaśne; jabłka i gruszki prześliczne - daktyle, figi, wrzask osłów i obwoływaczy, wystawy sklepowe i harmider na ulicach. Od przeszłego razu to się zmieniło, że pół rzeki (u ujścia jedno ramię) zasypali, założyli na tym ogród, że zatem przybyło zieloności. W ogrodzie tym stokrocie białe i różowe, wielkości dobrych astrów. Wzdłuż brzegu grzędy kwitnących laków. Istotna tu wiosna.
Ja urządziłam się tak: kupuję sobie mięso, masło i smażę befsztyk. Mam do tego za s[o]usa sałatę i za drugiego redyskę - na deser jabłko - czarna kawa. Rano przynoszą mi pół litra mleka i bułkę - robię sobie kawę sama i piję ze smakiem. Wieczorem tez sama robię omlet z dwóch jajek - i herbatę. Może nie jest to najtaniej, ale z pewnością najzdrowiej. Mięso wołowe drogie. Tak, ze za to, co ja płacę za jeden befsztyk, w restauracji (podrzędniejszej) dostaniesz dwie potrawy - ale jaka ich wartość? Ochłapy. I jeszcze w dymie trzeba siedzieć i czekać godzinami na obsługę - i dawać pourboiry. A tak, nie wyruszam się z domu i dobrze.
[dopisek na górnym marginesie pierwszej strony:]
Jak tam lekcje Twoje? A futerko kupiłaś? Te 10 rubli posłałam Lorze dla Hel [eny].
[dopisek na lewym marginesie pierwszej strony:]
Ojca pozdrawiam.

[dopisek na lewym marginesie trzeciej strony:]
Adres: Nice France rue Gubernatis 6. III Et[age].

[dopisek na górnym marginesie trzeciej strony:]
Pisz, Zosieńko, jak się miewacie, jak Bolkowi idzie robota? Całuję Was najserdeczniej i piszcie prędko.