Droga Zosieńko moja!
Aż mnie tu mrowie przechodzi, gdy wspomnę, że Ty na takie zimna bez futra chodzisz po lekcjach. Żebyś choć futro za te lekcje sobie sprawiła, tobyś się jakoś zrównała w szansach z tymi nauczycielkami, co całe życie mają perspektywę uczyć cudze dzieci. A tak - gorzej Ci niż im, bo nie o sobie samej myślisz. Biedactwo Ty drogie! Więc masz Józefę teraz i dwa razy grubszą od Ciebie. No, to się kaftan na nią zgoła nie zda. A te inne graciki - to wszystko drobiazgi niewiele też warte. Nie wiem, coście zapłacili za sprowadzenie, a chciałabym Wam to powrócić. Więc Stasiek re- wokuje1 od Was? No, żebyś aby w to wejrzała, Zośko droga, gdzie on się ma umieścić; żeby w porządnym jakim domu, żeby go nie obrali z bielizny, z rzeczy i nie wyzyskiwali bardzo, i nie truli złą kuchnią, co przy jego żołądkowych precedensach mogłoby się na jego zdrowiu diablo odbić.
Ja zmieniłam mieszkanie. Mam teraz gospodynię Kroatkę, z którą tak, jak i z jej córką Jelicą tylko na migi się rozmawiam, przy czym Jelica rzuca się od śmiechu na ziemię. Ludzie są prości, ale b[ardzo] bogaci, taka osada i willa, jaką mają, warta ze sto tysięcy guldenów, a ona ubiera się jak zwykła baba, on czyści mi „obutki”, siedzą cały dzień w kuchni, bo im jakoś w pokoju niesporo, i tylko raz w tydzień w nim palą, jak ma z soboty na niedzielę przyjść - bo piechotą przychodzi - syn ich z St. Mateus, o dwie mil[e] drogi stąd, nauczyciel miejskiej szkoły. Cały tydzień trzepią tu co dzień w ogrodzie jego odświętny garnitur, który ma brać w niedzielę, a w sobotę piecze się kura i placek. Jelica, jako dziewczyna, uważa się jak sługa rodziców i brata. I nie ma tu mieć Gumplowicz racji, gdy dowodzi, że rodzina powstała z zasady tej samej co państwo: z racji mocniejszego? Człowiek potrzebował, żeby go obsługiwano, miał więc żonę i dzieci, i to - przez czas długi - z prawem życia i śmierci nad nimi; a dotąd - z prawem kija w jednych warstwach - z prawem udręczania w innych, a czasem z tym i z tym razem.
Ano, dobrze! Tak sobie projektuję, żeby przyjechać na wiosnę do kraju: przedtem oczywiście muszę mieć krajowy paszport. Pogody tu nadzwyczajne, słońce takie, że słomkowe kapelusze, suknie do figury i parasolki są na porządku dziennym. Ale ja chodzę w kubraczku podbitym futerkiem, bo często miewam dreszcze i dość jestem osłabiona. Więc nie wiem, co tam o zimnach w Abacji mówią. Była bora dni kilka i przymrozki - ale to przeszło. Teraz podobno mamy znów mieć deszcze. To jest - nie ja. Bo mnie tak strasznie już dojadła ta Abacja, że myślę zaryzykować 18 godzin drogi i do Rzymu pojechać. Obliczyłam, że koszta drogi zwrócą się w przeciągu 2 tygodni - tu wszystko szalenie drogie, najdroższe zaś mieszkanie. Za 40 guldenów miesięcznie z usługą pokoiczyna, że nie ma się gdzie bardzo ruszyć, a jeszcze 8 guld[enów] taksa za muzykę na miesiąc - notabene ja jej nigdy nie chodzę słuchać. A w Rzymie za 25 fr[anków] pokój spory, życie naturalnie też tańsze, a przynajmniej coś się widzi po pracy. Tu morze, to prawda, ale już patrzę na nie dwa miesiące - i to oko w oko od rana do nocy. To dość. Dulębianka była u mnie kilka dni, tom się rozweseliła nieco. Poza tym - smutek jest moim stałym towarzyszem. Nie za siebie samą się smucę. Dulębianka już dziś w Symferopolu pewno, alem jeszcze listu nie miała. Jechała na Odessę i dalej morzem.
Bądź mi zdrowa, Zosieńko najdroższa. Całuję Cię najserdeczniej. Bolka i ojca pozdrawiam. Staśka ściskam. Pisał Janek, że się rozruszał trochę.