Droga Zosieńko!
Wasze dobre życzenia wraz z opłatkiem odebrałam i bardzo Wam dziękuję. Od tego czasu dużo miałam przykrych chwil. Przede wszystkim we Florencji i we Włoszech w ogóle pozostać nie mogłam z powodów meldunkowych. Tam się kręci dużo awanturników i dlatego i porządni ludzie mają utrudnienia. Z największą tedy przykrością musiałam się wyrzec Florencji i raz jeszcze z powrotem przebić się przez całe Apeniny, co w trzeciej klasie włoskiej, nieopalanej, zgoła ani zdrowym, ani miłym nie było.
Z Florencji przyjechałam do Bozen-Gries, w południowym Tyrolu; tę miejscowość znałam z renomy jako dobrą na zimę. Ale i tu mnie zawód spotkał. Bozen-Gries to jak Warszawa i Praga (w tysiącznym pomniejszeniu). Przez most złączone, bardzo są pod względem klimatu różne, gdyż Bozen jest otwarte na północ i zimne, a Gries, naprzeciwko leżąc, otwarte na południe i ciepłe. Ale w tym trudność, ze Bozen tanie, jak każde małe miasteczko, a Gries ogromnie drogie, bo to tylko szereg hotelów i „pensionów” dla ludzi bogatych, nie dla chudeuszów.
Przekonawszy się o niemożebności pobytu w Gries, pojechałam do odległego o godzinę drogi (koleją) Meranu. Tam prędzej można by się do cen zastosować, ale widok - okropny! Wyobraź sobie kotlinę otoczoną górami - to sam Meran. Słońce na południową górę świeci bardzo jasno, góra bez cienia, po niej idzie zygzakowata droga coraz wyżej wstępująca, z żelazną poręczą, a na tej drodze, w tę i w tę stronę wózki i fotele z suchotnikami i suchotnicami. Kwadransa nie można widoku takiego znieść, a cóż całe miesiące. Twarze młode, śmiercią napiętnowane, straszne, tęskne spojrzenia, z chciwością wpijające się oczy w każdą zdrową postać - coś tragicznego. Było mi tak, jakbym wstąpiła w dantejskie piekło. Naraz około trzeciej słońce za górą gaśnie, ciemne, głębokie zmierzchy pokrywają całą dolinę, ani żywego ducha nie widać, chyba trochę przekupniów i służbę, okna zamykają się wszędzie z trzaskiem, na placu szeregi noszy, lektyk, foteli na kółkach leży i stoi do jutra. Poszłam na cmentarz - mnóstwo polskich grobów - między innymi widziałam grób męża Daszyńskiej1, który tam przed czterema laty umarł.
Z Meranu wyniosłam jak najprzykrzejsze wrażenia. Rozchorować się tam można z samego widoku. Nigdy bym nie chciała, żeby ktoś mnie bliski tam był wysyłany w chorobie. To kolonia skazańców. Jak dobrze, że Lora tam nie jeździła: pewno byłoby po niej. Z Meranu wróciwszy postanowiłam jedną jeszcze zimę przepędzić w Gorycji, która choć wściekle nudna, ale przynajmniej nie jest b[ardzo] droga i chorzy do niej jeżdżą. Tak więc przebiwszy się z Tyrolu do Karyntii, od dwóch dni jestem w Gorycji, dotąd w hotelu, bo mój dawny pokój, na który liczyłam, zajęty na via Dreossi. Tu istotnie ciepło dosyć, choć dzisiaj śnieg pada. Może jakoś ta zima mi szczęśliwie przejdzie, bez bory.
Tyle Ci napisałam o sobie, licząc na to, że mi bardzo szczegółowo opiszesz, jak przępędziłaś święta z Bolkiem, czy byliście u Janków, jak Lora się miewa, a nade wszystko jak Twoje siły i Twoje zdrowie.
Za zajęcie się koszulami bardzo Ci, Zosieńka, dziękuję. Nie otrzymałam ich dotąd, bo i adresu stałego nie miałam. Gdybyś to mogła zrobić, proszę Cię, Zośko droga, poślij Lorze do Warszawy dwa ruble, żeby się msza odprawić mogła u św. Krzyża, w dolnym kościele, choć 13, jeśli już nie 12 stycznia. Gdyby ten list już Cię nie doszedł dość wcześnie [na górnym marginesie pierwszej strony:] to zakup mszę w Aleksandrowie, ale wolałabym, żeby była i tu, i tam, żeby i Lora, i Wy mogliście się pomodlić za Tadzia. Prawda?
[dopisek na lewym marginesie pierwszej strony:]
Całuję Was oboje serdecznie. Co się stało z tym projektowanym paszportem krajowym?
[dopisek na lewym marginesie drugiej i trzeciej strony:]
Tylko się nie zaziębiaj, Zośko, pamiętaj, i nie męcz. Służącą spodziewam się, ze masz inną. Trzymając Franusię, i jej nie robisz dobrze, bo ona powinna zupełnie się teraz od razu wyleczyć, nie zaniedbywać.
[dopisek na górnym marginesie drugiej strony:]
Pisz zaraz, Zosieńko: adresuj Ósterreich, Gorz, Frau M. Konopnicka, poste restante.