Moja droga Zośko i Bolku, jak niemniej inne dzieciaki …
Na wyjezdnym z Mediolanu posłałam Wam kartę, donosząc o nagłej i niespodziewanej zmianie w moich planach. Stało się to tak. Miałam wyjechać do Bolonii drugiego stycznia; wtem, ostatniego grudnia odbieram naglący list z Zurychu od Dulębianki, że troska ją, co się tam ze mną dzieje, że taka influenza we Włoszech, żeby wracać itd. Wołam mojej gospodyni i pytam się, czy istotnie jest influenza duża w mieście. Wiedziałam, że jest, ale nie zdawało mi się, żeby tak miała być przestraszająca. Tymczasem ta mi ze spokojną miną powiada, że istotnie umiera po 70 i kilka osób dziennie, że właściciel ich domu także na influenzę zmarł i że w ostatnich dniach leżały zwłoki po cztery i pięć dni, czekając na karawan, bo wszystkie były w ruchu. Zrobiło to na mnie dość niemiłe wrażenie. Poszłam do jednej, drugiej apteki popytać i wszędzie dowiedziałam się tego samego, tylko w wyższym stopniu. Biuletyny o influenzie z całych północnych Włoch zapełniały dzienniki, o czym się przekonałam, kupiwszy parę gazet; na ulicach spotkałam czerwone afisze z przepisami higienicznymi i prezerwatywami. Bardzo to nieprzyjemne, być w takim zadżumionym kraju; wszakże nie wyrzekałam się jeszcze drogi dalszej, ku czemu miałam więcej niż ważne powody, a mianowicie potrzebę spokoju i samotności do pracy rozpoczętej. Wtem nazajutrz podskoczyła liczba ofiar z 75 na 104. To już było dość ważne; dowiedziałam się też, że influenza idzie z północy od jezior: Como, Lugano, Maggiore ku południowi, że wreszcie, ponieważ liczba służby cmentarnej okazała się zupełnie niedostateczną, przeto odkomenderowano do pomocy jej żołnierzy. Wtedy, nie czekając na dalsze możliwości, wyjechałam do Zurychu, który, przedzielony Wielkim Gothardem od jezior włoskich, może się i uchowa przed epidemią.
Ale w najwyższym stopniu jest mi to niemiłe. Znowu szukać mieszkania, znowu czas tracić, znowu patrzeć na tak bardzo znane już rzeczy i widoki no, ale co robić? Przekonałam się, że influenza słusznie nosi swoje imię: influence. Dopóki nie wiedziałam, że jest w mieście tak wielka i tyle zabiera ofiar, nic sobie nie robiłam ani z mgły, ani z zimna i wilgoci. Ale potem ciągle mi się wydawało, że mam dreszcze, że mam gorączkę w nocy, że mnie w kościach łamie, słowem ogarnął mnie ten nerwowy niepokój, przy którym wszelka zaraza najszybciej się udziela.
Teraz jeszcze stoję w hotelu: odpiszcie mi poste restante; jak tylko znajdę mieszkanie, doniosę Wam o tym i dam adres. Drogę miałam fatalną, w nocy, trzecią klasą boć to dwa razy dalej niż do Bolonii, a te same pieniądze starczyć musiały. Ot, jak niestałe są projekty ludzkie! Mam nadzieję, że nie będziemy zbyt długo popasać w tym Zurychu. Strasznie mi się sprzykrzył. Jak się tam Wy miewacie? Czy w Warszawie nie grasuje znowu jakie licho? Niedobre nowiny nas tutaj dochodzą z Warszawy, więc z wielu powodów jestem niespokojna. Piszcie prędko o Waszym zdrowiu i o tym, jak tam Wam idzie. Zośko, podziękuj Lucynce [Królikowskiej] za przesłany mi opłatek i miły liścik. Nawzajem też oświadcz moje życzenia.
Bądźcie mi zdrowi, moi drodzy!
M.
[dopisek na lewym marginesie pierwszej strony:]
Stasiek czy już mieszka gdzie indziej? Jaki jego adres? Czym się trudni ten Ćwierdziński?